Trasa: Rabka Zaryte (szlak żółty) – Perć Borkowskiego – Schronisko PTTK na Luboniu Wielkim (szlak niebieski) – Rabka Zaryte. Data: 6 grudzień 2018 /4 czerwiec 2020. Dystans: 9:60 km. Czas trwania: 4:20 (sam przemarsz z czteroletnim dzieckiem) / 3:30 (z sześcioletnim dzieckiem) Minimalne wzniesienie: 500 m. Maksymalne wzniesienie
Sam Stawek Upiorów nie należy do dużych, nie oczekujcie za wiele, ale jest urokliwy, a dzięki legendzie jest to bardzo klimatyczne miejsce. Data: 6 sierpień 2021 / 27 czerwiec 2023. Dystans: około 1 km. Trasa: Stacja kolejowa Ustka Uroczysko (Ustka Zachodnia) – Seekenmoor / Stawek Upiorów – powrót tą samą trasą.
The Park has its headquarters in the village of Zawoja.The park covers an area of 33.92km2, of which forests occupy 31.98km2. The park includes the northern and part of the southern side of the Babia Góra massif, of which the main peak is the highest point of the Orava Beskids mountain range at 1725m.
Babia Góra: fakty, rekordy, prawdziwe historie i ciekawostki Rekordy Babiej Góry: wszystko to, co "naj" Nie będziemy się w tym miejscu spierać czy widoki są najpiękniejsze, czy wschody słońca są tu najbardziej zjawiskowe, a pogoda najbardziej zmienna i nieprzewidywalna. Skoncentrujmy się na faktach! Babia Góra - szczyt Diablak
Trasa: Zawoja Markowe (szlak zielony) – Kolista Polana – Schronisko PTTK Markowe Szczawiny (szlak czerwony) – Przełęcz Brona (szlak zielony / szlak niebieski) – Mała Babia Góra – powrót tą samą trasą. Data: 23 listopad 2018. Dystans: około 12.40 km. Czas trwania: około 5:00 h (sam przemarsz z czteroletnim dzieckiem
Zimowa Babia Góra. Jarek Zaktaulizowany: 7 czerwca 2018 (Opublikowany: 31 stycznia 2016) Résumé: 23-01-2016 13.8 km 6h 05min GOT: 26 Ślad GPX. Moje pierwsze zimowe wejście na Babią Górę dość długo odkładałem, czekając na dogodne warunki. Nie chciałem powtórzyć poprzedniej wizyty na Diablaku, kiedy to wschód słońca
Po paru krokach docieramy do grzbietowego czerwonego szlaku. Znajdujemy się nieco na wschód od kopuły szczytowej Babiej Góry. Skręcamy w prawo i dosłownie za moment zdobywamy szczyt Babiej Góry (słow. Babia hora, węg. Babia gura, niem. Teufelspitze; 1725 m n.p.m.), Diablak jak go też zowią.
7.8K views, 62 likes, 37 loves, 37 comments, 11 shares, Facebook Watch Videos from Przemek Dubiński: Czołem Dzisiaj na rozkładzie Polica. Będzie wschód słońca piękny widok na Tatry oraz Babia
Babia Góra jest w końcu najwyższym pozatatrzańskim szczytem w Polsce. Babia Góra to w zasadzie nie szczyt, tylko cały masyw, który góruje nad okolicznymi miejscowościami. Słowo góruje zresztą wcale nie jest tu użyte nad wyraz, ponieważ góra jest drugim w Polsce wzniesieniem pod względem wybitności. Wyprzedza ją tylko Śnieżka
Jedziemy na Wschód Słońca na Babiej Górze! Natalia broni licencjat, stąd pomysł, aby trochę poświętować to wydarzenie i wybrać się w góry! Prognozy pogody są bardzo sprzyjające, bezchmurne niebo ma towarzyszyć całą noc i dzień. Stąd zrodził się pomysł- Wschód Słońca na Babiej Górze!
VHEVs5T. Cytując Wikipedię możemy przeczytać że jest to: " masyw górski w Paśmie Babiogórskim należącym do Beskidu Żywieckiego w Beskidach Zachodnich. Najwyższym szczytem jest Diablak (1725 m często nazywany również Babią Górą, jak cały masyw. Jest to najwyższy szczyt całych Beskidów Zachodnich, poza Tatrami najwyższy szczyt w Polsce i drugi co do wybitności (po Śnieżce). Zaliczany jest do Korony Gór Polski," oraz "W 1954 roku w masywie Babiej Góry utworzono Babiogórski Park Narodowy. W uznaniu niezwykłych walorów przyrodniczych Babiogórski Park Narodowy został wpisany w 1977 roku przez UNESCO na listę światowych rezerwatów biosfery" Tyle informacji encyklopedycznych o dzisiejszej miejscówce, która dla mnie jest dość szczególną. To właściwie tutaj, kilkanaście lat temu rozpoczęła się moja przygoda z górami. Od tamtej pory z różnym natężeniem trwa do dzisiaj a sama Babia Góra odwiedzona została w tym czasie kilka razy, o każdej porze roku. Ostatnio, podobnie jak teraz są to spotkania połączone zw wschodem słońca, bardzo popularne i przez wielu obserwowane ze szczytu Wokół tego zagadnienia krążył jeden z tegorocznych celów pokazania gór dzieciom, czyli nocleg w schronisku i późniejsze, za dnia wejście całą drużyną na Diablak. Na początek normalnie za dnia, by może kiedyś spróbować właśnie ze wschodem słońca. Wchodzenie w ciągu dnia ma tą przewagę że jest wtedy naprawdę dużo czasu i nigdzie nie trzeba się spieszyć. Wg wielu jest to cel zbyt ambitny dla 6 latka, jednak wiem że przy odpowiednim nastawieniu nie stanowiący większego problemu. Zależnie od wybranego szlaku, raczej nie ma tu większych trudności, męczące mogą być dość długie podejścia, ale czego innego oczekiwać można w górach. Tak gdzieś szukając wolnego weekendu, aby móc cel ten zrealizować, dość niespodziewanie pojawiła się propozycja kolejnego zdobycia szczytu o wschodzie słońca. Początkowo wyjście miało być bez dzieci, jednak w trakcie rozmów stanęło na tym że bierzemy nasze starsze pociechy (para 6 latków) i próbujemy to zrobić z nimi. Przyznam że osobiście byłem pełen obaw co do realizacji tego planu, bo jednak taka wyprawa ma swoje ograniczenia. Czas niestety sztywno określa godzinę, o której trzeba być na szczycie, dzieci nie są przyzwyczajone do zarywania nocy, ani tym bardziej dość męczącej wędrówki w takiej porze. Atutem w tym wypadku miały być czołówki, nocny spacer i właśnie wschód słońca, po raz pierwszy widziany przez dzieci. Wątpliwości moje co do wyjazdu rozwiane zostały entuzjazmem dzieci, które gorąco się do tego pomysłu zapaliły. Koniec końców pojechaliśmy i trzeba przyznać że było warto. Maluchy spisały się REWELACYJNIE. Nie było żadnego jęczenia, marudzenia czy narzekania. Generalnie chapeau bas (czapki z głów) i wielki szacun dla dzieciaków, tym bardziej ze czas wejścia w tej sytuacji zrobiliśmy naprawdę niezły. Wschód słońca jakby specjalnie na nas czekał i pojawił się chwilkę po naszym wejściu na szczyt. Na szczycie nie obyło się oczywiście bez gratulacji i wręczenia pamiątkowych, wcześniej przygotowanych dyplomów. Miłym dodatkiem miały być nagrody w postaci baniek mydlanych, jednak wobec piękna przyrody nie specjalnie wzbudziły zainteresowanie. Trochę pooglądaliśmy, zrobiliśmy nieco fotek, coś tam zjedliśmy i przyszła pora na schodzenie, w trakcie którego trzeba było nawet dzieci nieco stopować. Na dole pozostało nam wbić pieczątki do dyplomów i kupić jakieś niewielkie pamiątki. W drodze powrotnej nastał czas na zasłużony sen. Przecież mamy jeszcze plany na dzisiejsze popołudnie :) Planowanie z wyprzedzeniem takich wypadów nieco mija się z celem. Można mieć wszystko przygotowane jednak nie należy się nastawiać na konkretny dzień, raczej czekać na odpowiednie warunki. Babia Góra znana jest ze swej kapryśnej pogody i potrafi jak każda kobieta strzelić focha. Na szczycie bywa bardzo wietrznie i nawet latem, zwłaszcza o wschodzie mogą przydać się zimowe ciuchy. Z pewnością nie należy spinać się na zdobycie, jak nie uda się tym razem to zawsze można spróbować kiedyś indziej. Ważne żeby nie przeszarżować, bo dzieci dość łatwo zrazić. Szczyt można zdobywać z kilku stron, różnymi szlakami. Najpopularniejsza i zarazem najłatwiejsza jest trasa od Przełęczy Krowiarki (2,5 godziny podejścia). Można wejść również od strony Słowackiej lub od Zawoi, czyli przez schronisko Markowe Szczawiny z którego wiodą szlaki przez Przełęcz Brona oraz najciekawszy ze szlaków tzw. perć akademików (szlak jednokierunkowy, podejściowy, ze sztucznymi ułatwieniami). Generalnie góra nie przedstawia jakichś większych trudności, kondycyjnie potrafi jednak zmęczyć. Bywa naprawdę kapryśna pogodowo, a w sezonie można spodziewać się tłumu turystów. Przydatne linki. - Babiogórski Park Narodowy - schronisko Markowe Szczawiny
Mówią że jest Matką Niepogód, Kapryśnicą, a nawet przeklętym szczytem! Czy naprawdę trzeba się jej obawiać? Zdecydowanie nie! Przedstawiamy Wam świetny plan na zimowe wejście na Babią Górę. Babiogórski Park Narodowy Babia Góra to najwyższy szczyt Beskidu Żywieckiego oraz wszystkich Beskidów. Mierzy aż 1725 m a zatem wyższe od niej szczyty znajdziemy już tylko w Tatrach. Pogoda na Babiej Górze często bardzo dynamiczna. Nawet w piękny słoneczny letni dzień nieraz znikąd pojawiają się silne i porywiste wiatry, czy burze. Zimą natomiast jest tu mroźno i bardzo wietrznie. Często się zdarza że turyści gubią szlak, a ich jedynym ratunkiem jest wezwanie GOPR-u. Właśnie przez tą zmienną aurę, niczym humory jak u kobiety, niektórzy z żartem tłumaczą nazwę Babia Góra. Perć Akademików czy szlak z Przełęczy Krowiarki? Sieć szlaków jakimi możemy się dostać na szczyt Babiej jest duża i różnorodna, który zatem wybrać? Jednym z ciekawszych, ale i nieco bardziej wymagającym jest żółty szlak nazwany Percią Akademików. Nieco przypomina Tatrzańskie wysokogórskie szlaki, gdyż na trasie trzeba się trochę powspinać. A żeby bezpiecznie dostać się na szczyt korzystamy z kilku łańcuchów i klamer. Jednak jeśli wolicie mniej wymagające drogi to zawsze można wybrać jeden z najpopularniejszych wariantów czyli szlak na Babią Górę z Przełęczy Krowiarki. My jednak proponujemy Wam nieco inną, bardziej urozmaiconą trasę, bez monotonnego i ciągnącego się w nieskończoność szlaku przez las! Najciekawszy zimowy szlak na Babią Górę z Zawoi Zawoja Markowa – Schronisko PTTK Markowe Szczawiny – Przełęcz Brona – Babia Góra Dystans w dwie strony 12,5 km. Czas przejścia ok. 5h 30 min Wycieczkę na szczyt Babiej Góry rozpoczynamy w Zawoi, która jest najdłuższą wioską w Polsce i liczy sobie aż 18 km. Dokładnym punktem startu jest parking przy zielonym szlaku w dzielnicy Markowa. Tutaj znajdziecie kilka przestronnych płatnych parkingów. Potem wchodzimy już na teren Babiogórskiego Parku Narodowego, zielonym szlakiem w około 1h 30 min dotrzemy do Schroniska Markowe Szczawiny. Choć od początku trasa jest trochę wymagająca, bo pniemy się non stop ostro pod górę, to jednak po tej rozgrzewce czeka nas przyjemny odpoczynek w schronisku. Schronisko Markowe Szczawiny Jedyne schronisko w Babiogórskim Parku Narodowym Schronisko na Markowych Szczawinach to nowy budynek, wybudowany na fundamentach jednego z pierwszych, a zarazem najstarszych schronisk w Beskidach z ponad 100 letnią historią. Działa tu też Muzeum Turystyki Górskiej. Choć jest jednym z najmniejszych w Polsce to jednak może się poszczycić, mianem najwyżej położonego muzeum. Ze schroniska kierujemy się czerwonym szlakiem do Przełęczy Brona. Gdzie czeka nas około 30 minut przyjemnego spaceru wśród mroźnych i ośnieżonych drzew. Później wychodzimy już ponad granicę lasu i mamy przed sobą piękną panoramę Beskidów i okolicznych wiosek. Ostatni etap podróży to 1 godzina trekkingu – kierunek Diablak, czyli najwyższy szczyt Babiej Góry. Szlak biegnie graniami więc widoki zachęcają do żywszego marszu. W dodatku po pewnym czasie pokazują nam się też i potężne Tatry. Na szczycie Babiej Góry oprócz ciekawych i zachwycających widoków zobaczymy dużo kamieni, czyli tzw. rumowiska skalne. Z tych kamieni na szczycie jest zbudowany kilkumetrowy murek. Szczególnie przydatny w bardzo wietrzne dni, gdyż możemy się przy nim osłonić przed nieprzyjemnym wiatrem i chwilę odpocząć. Oprócz tego na szczycie zobaczymy obelisk i ołtarz polowy poświęcony Janowi Pawłowi II. A także kamienny pomnik upamiętniający wejście na szczyt arcyksięcia Józefa Habsburga, niestety napisy są już bardzo nieczytelne. Wschód słońca na Babiej Górze Babia Góra to jeden z najchętniej odwiedzanych szczytów w Beskidach, szczególnie w weekendy potrafi być tu naprawdę tłoczno niczym na Krupówkach. Bardzo popularne stały się też chętnie łapane przez góroholików wschody i zachody słońca na Babiej. Pamiętajcie jednak żeby przy każdym wyjściu w góry sprawdzić pogodę i odpowiednio się przygotować do warunków. Wtedy mamy pewność, że nasza wyprawa będzie udana. Przełęcz Brona Babia Góra w legendach Jedna z najpopularniejszych legend mówi, że nazwa Babiej Góry wzięła swój początek od mieszkającej w okolicy Baby olbrzymki, która usypała obok swojej chaty wielki stos kamieni. To właśnie ta z pozoru niewielka sterta skał okazała się być później królową Beskidów. Kolejna z legend powiada, że częste mgły jakie spowijają szczyt Babiej Góry są sprawką sił nieczystych… W takich warunkach najczęściej na szczycie spotykają się diabły i czarownice. Może właśnie dlatego najwyższy wierzchołek nazwano Diablakiem. Plan wypadu na Babią Górę Dojazd: najwygodniej tu dotrzeć własnym samochodem, choć kursują też do Zawoi busy z Krakowa Czas Przejazdu: Kraków 1 godz. 45 min., Wrocław 4 godz., Katowice 2 godz., Warszawa 5 godz. Parking: płatny parking Zawoja Markowa – 15 zł/ dzień Bilety Wstępu: Babiogórski Park Narodowy – 4 zł/os bilet normalny, 2 zł/os bilet ulgowy Czas przejścia, dystans: Zawoja Markowa – Schronisko PTTK Markowe Szczawiny – Przełęcz Brona – Babia Góra Czas przejścia szlaku na Babią Górę ok. 5h 30 min w dwie strony Dystans w dwie strony 12,5 km. Koszt wypadu dla 2 osób: np. z Krakowa – 80 zł
Mawiają, że każdy prawdziwy turysta podziwiał choć raz wschód Słońca widziany z wierzchołka Babiej Góry... Miejsce: Serce Beskidu Żywieckiego Cel: Wschód Słońca na Babiej Górze Trasa: Zawoja Schronisko PTTK Markowe Szczawiny Perć Akademików Babia Góra Przełęcz Brona Schronisko PTTK Markowe Szczawiny Zawoja Długość trasy: 16 km Pogoda: bardzo dobra Widoczność: bardzo dobra Poprzednia część retrospekcji: Rowerem ku Babiej Górze Do naszego noclegu przyjechaliśmy ok. godziny 19:00. Po szybkim prysznicu i bardzo dobrej kolacji czasu na odpoczynek było stosunkowo niewiele. Okazało się też, że do naszej trójki dołączył czwarty kolega, który akurat u Tomka przebywał. Plan wyprawy był już ustalony, pozostawała tylko jedna kwestia; o której wyruszyć? Do odpowiedzi na to pytanie potrzebna była nam godzina wschodu Słońca. Wspomniany już wyżej kolega odszukał w Internecie, w swoim telefonie, iż 2 sierpnia wschód odbędzie się o godzinie 4:09. Byłem tym zdziwiony, gdyż wschód podczas najdłuższego dnia roku ma miejsce ok. godziny 4:00, a przecież od tego dnia minął już ponad miesiąc. Wszedłem w nim w polemikę i po krótkiej dyskusji postanowiliśmy zadzwonić do wszystkich znajomych, którzy tego wieczoru mogli mieć pod ręką komputer. Wykręciłem numer do Pawła, z którym byłem na Rysach. Po kilku minutach otrzymuję wiadomość, że wschód Słońca będzie o 4:58. Między pierwszym a drugim wschodem różnica wynosiła aż 50 minut więc wciąż nie mieliśmy pewności. Po następnych chwilach otrzymaliśmy kolejną informację: 4:36. Warto też przy tym zaznaczyć, iż w różnych częściach Polski, wschody Słońca są o innych porach. W następnych próbach, prosiliśmy więc o dokładne sprawdzenie czy aby wyświetlona godzina nie jest wschodem dla Warszawy bądź Gdańska. Upłynęło kilkanaście minut i pojawiły się następne propozycje: 4:17, 4:26 i 5:00 oraz kilka innych. Trudno opisać nasz śmiech, gdy czytaliśmy te informacje. Ogółem, dziesięć różnych osób podało dziesięć różnych wschodów Słońca. Można było od tego zbaranieć! Mętlik informacji dopełniła ostatnia propozycja – 5:12 – autorstwa Sylwii, którą szczerze pozdrawiam, gdyż jak się później okazało, bardzo na to zasłużyła. Zanim jednak do tego doszło, nie mogliśmy zignorować żadnego wschodu Słońca. Rozpiętość była ogromna. Od 4:09 do 5:14 – aż 65 minut ! Oczywisty stał się więc fakt, że musimy zdążyć mimo wszystko na mało realną 4:09, gdyż przegapienia wschodu Słońca bym po prostu nie przeżył. Aż dwie godziny snu zakończyły się pobudką kwadrans po dwudziestej czwartej. Po szybkim śniadanku, ok. 20 minut później wyruszyliśmy. Powietrze było bardzo rześkie, a niebo troszkę zachmurzone. Byliśmy wyposażeni w kilka latarek, których moc pozostawiała wiele do życzenia. Najwygodniejsza w takiej sytuacji była czołówka jednak i ona nie w pełni rozświetlała nam drogę. Jeszcze przed wyprawą rowerową miałem pewien dylemat. W domu leżała latarka wielkości bidonu rowerowego. Jej rozmiar powodował, iż przy ewentualnej wspinaczce musiałbym ją trzymać w rękach, co nie było by zbyt wygodne. Wzięcie jej okazało się bardzo trafną decyzją. Początkowa droga prowadziła szlakiem czarnym. Szedłem nim bodajże dwa lata temu, jednak to Tomek przodował grupie gdyż wszystkie te drogi wokół Zawoi zna jak własną kieszeń. Chodzenie nocą po górach jest specyficzną czynnością. Przede wszystkim nie wolno wybierać się samemu, gdyż jest to równie wielka głupota jak wspinaczka na Giewont w czasie burzy. Dodatkowo nocne wędrówki powinny odbywać się szlakami, które bardzo dobrze znamy. Idąc na przedzie spogląda się przecież na nogi i ścieżkę, a nie na drzewa, na których namalowane są – niewidoczne nocą – znaki. Gdybym wybrał się nocą na szlak, którego nigdy wcześniej nie pokonałem to musiałbym się zatrzymywać, co parę metrów, żeby rozglądać się dookoła w poszukiwaniu znaku. To wydłużyłoby wędrówkę kilkakrotnie, nie mówiąc już o tym, że mnóstwo jest miejsc trudnych do oznakowania. Wtedy zagubienie się nocą w górach jest murowane. Leśny fragment naszej trasy na Babią Górę charakteryzował się dużą ilością błota, które musieliśmy sprytnie omijać. Staraliśmy się przy tym w miarę płynnie rozmawiać, aby zagłuszyć leśne dźwięki, które zwykłego człowieka mogłyby przestraszyć. Świecąc sobie pod nogi, czasem podnosimy głowę bądź rękę w celu poświecenia dalej. „Prawdziwi szczęściarze” zaś w takich momentach ujrzą w bliskiej dali zwierzęce ślepia, od których odbija się światło. Nas taka niewątpliwa atrakcja na szczęście ominęła. Swoją drogą ciekawe jakbyście się wtedy zachowali? Stały marsz wyzwalał w nas sporo ciepła. Niedługo po starcie nastąpił postój na zdjęcie polarów. Krótki rękawek w tej fazie drogi wystarczył. Przed godziną drugą dotarliśmy do schroniska, które wyglądało jak opustoszałe. Drzwi do niego były zamknięte, lecz jeśli ktoś chciałby w nocy na siłę tam wejść to obok drzwi jest dzwonek – można zadzwonić. Ciekawe jakby się wtedy zachował obudzony ze snu właściciel. My takiej bezczelności nie mieliśmy i rozłożyliśmy na jednej z ławek przed budynkiem. Postój trwał pół godziny i warte odnotowania było w nim jedno zdarzenie. Otóż nasze rozmowy wciąż nie ustawały. W pewnym momencie na 2-3 sekundy zapadła cisza. Podczas tych kilku sekund usłyszeliśmy jakiś dziwny dźwięk dochodzący z lasu. Nastąpiła nagła konsternacja. Po następnych kilkunastu sekundach uciszania się nawzajem, wsłuchaliśmy się w to „coś” jeszcze raz. Był to dziwny dźwięk trwający może dwie sekundy, który – co najciekawsze – powtarzał się cyklicznie. Ponadto, każda seria tego szmeru wywoływała w nas z jakiegoś powodu śmiech. Po kolejnym uspokojeniu się, nadstawiliśmy ucha, aby zbadać kierunek dochodzenia dźwięków. Chwilę później wszystko już było jasne. To pies pasterski chrapał. Teraz to już od śmiechu się powstrzymać nie mogliśmy. Mniej więcej o 2:20 wyruszyliśmy ze schroniska. Z czasem było bardzo dobrze. Przed wyruszeniem zaś do omówienia zostawała kwestia wyboru drogi. Naturalnie całej pełnoletniej społeczności, która wiedziała o naszej wyprawie, powiedzieliśmy, że idziemy przez przełęcz Bronę, no bo tylko szaleńcy pchali by się w środku nocy na Perć Akademików. W naszej grupie zdania były podzielone. Ostatecznie postawiłem na swoim i wyruszyliśmy najtrudniejszym szlakiem Beskidów na szczyt Babiej Góry. Pogoda, ku naszemu zadowoleniu, poprawiła się. Niebo było rozgwieżdżone, dostrzegliśmy nawet kilka znanych konstelacji m. in. Mały Wóz. Po wyjściu z lasu po raz pierwszy ujrzeliśmy Diablak. Wtedy byliśmy już pewni, że zobaczymy wschód Słońca w pełnej okazałości. Szlak zaczął stwarzać pewne trudności. Był moment, w którym o mało co nie uderzyłem głową w gałąź. Było też mokro i ślisko. Szedłem w zwykłych adidasach, gdyż ciężar brania dodatkowo butów górskich w kontekście powrotu nie brzmiał zbyt lekko. Dotarliśmy do pierwszej serii łańcuchów. Teraz już z każdym krokiem było coraz ciekawiej. Perć Akademików nocną porą Przy stromym podejściu ubezpieczonym łańcuchem ujawniła się nasza dobra współpraca. Pokonałem ten odcinek jako pierwszy, następnie odwróciłem się i oświetlałem moją latarką drogę następnym łazikom. Jak wiadomo punktem kulminacyjnym Perci są klamry i kilkumetrowa ściana. Dotarliśmy do nich po godzinie trzeciej. Nad naszymi głowami niebo było ciemnogranatowe, lecz na wschodzie zaczęła się już formować błękitna łuna. To zwiastowało nadchodzący dzień. Pokonywanie klamer u schyłku nocy należało do przyjemności. Być może to za sprawą ciemności, dzięki której nie było widać przepaści. W tym punkcie nasza współpraca również się powtórzyła, a ponadto klamry okazały się doskonałą okazją do robienia zdjęć. Po pokonaniu ściany przeszył nas zimny ziąb. Królowa wiatrów zaczęła dawać o sobie znać. Szybkie nałożenie polarów okazało się koniecznością. Do szczytu było już tylko kilkanaście minut. Niebieska łuna zaczęła się rozszerzać, pod nią z kolei pojawiały się barwy żółci i pomarańczy. Nocne wspinanie zakończyło się dokładnie o 3:50 kiedy to jako pierwsi tego dnia stanęliśmy na wierzchołku Babiej Góry. Silny wiatr od razu przegonił nas za stertę kamieni. Teraz już pozostawało tylko czekać. Początkowo nie było widać nic oprócz Małej Babiej Góry. Niebieski pas wschodniego horyzontu łączył się z bardzo długą i płaską linią granatu. Stanie na szczycie powoli nas wyziębiało. Była to dobra pora na obiad, którym dziś było – nazwane zresztą przez nas – wojskowe „żarcie” amerykańskie. Charakteryzowało się ono tym, że wystarczyło zalać torbę jakąkolwiek wodą (nawet zimną mineralną), żeby jedzenie zaczęło się samo gotować. Po kilkunastu minutach mogliśmy się delektować ciepłym jedzeniem meksykańskim z fasolką i wieprzowinką. Były także krakersy, a także nachosy w kształcie małych walców. W pewnej chwili do naszej uczty dołączył się jeszcze jeden osobnik. Podszedł do nas znienacka, był całkiem młody, miał duże spiczaste uszy, wielkie ślepia i był cały rudy na wierzchu. Przez chwilę kręcił się wokół nas, nie wydawał się zbyt groźny, zapewne nachodził turystów już nie pierwszy raz. Zanim dobrał się do naszych zapasów musiał przejść obowiązkową sesję fotograficzną. Lis – bo o nim mowa – wyglądał całkiem przyjaźnie. Oswojone zwierzę jadło nam z ręki. Z mych palców, wprost do pyska wziął krakersa. Czekanie na wschód razem z leśnym gościem umiliło nam czas. Tak jak się tego spodziewałem, godzina 4:09 nie wypaliła, kolejne opcje również. W międzyczasie do naszej trójki doszła grupa turystów idących z Krowiarek. Tego dnia wschód Słońca oglądało z Diablaka siedem osób. 1-3) oczekiwanie na magiczny wschód Słońca Zbliżała się godzina piąta i robiło mi się coraz zimniej. W dole migotały się światła Zawoi, zza ciemności wyjawiło się pasmo Policy, nawet Tatry odsłoniły swe najwyższe wierzchołki. Niebo coraz bardziej się zmieniało. Tuż nad pasem granatu na horyzoncie, widniał cieniutki paseczek czerwieni, nad nim trochę szerszy żółty, który stopniowo przemieniał się w błękit. Odwracając się zaś w drugą stronę można było ujrzeć głęboko śpiącą noc. 1-3) tuż przed wschodem Słońca Musiałem nałożyć na siebie narzutę, przeznaczoną pierwotnie do siedzenia, aby nie wychłodzić całkowicie organizmu. Kurtka bardzo by się wtedy przydała. Od kilkunastu minut wpatrywaliśmy się bez ustanku w kierunku wschodnim. Aż w końcu zaczęło się! Dokładnie o 5:10. Ku memu zdziwieniu Słońce nie zaczęło wychodzić z kreski między granatem a czerwienią, lecz z jeszcze niższego pułapu. Wtedy dopiero mogłem zobaczyć jak szybko porusza się to świecące kółko. Magiczna chwila trwała bardzo krótko. Po minucie było już po wszystkim. Na twarzy poczułem pierwsze promienie, dzięki którym zrobiło mi się bardzo przyjemnie. Podziękowania należą się też Sylwii, która pokazała dziesięciu facetom jak poprawnie należy korzystać z Internetu. 1-2) Pamiętna chwila (godz. 5:10) - Wschód Słońca na Babiej Górze Robiło się coraz jaśniej i ku mojemu zniecierpliwieniu – cieplej. Patrząc w kierunku Tatr cała Orawa wraz jej największym jeziorem były zamglone, widać było tylko wierzchołki powyżej 1900 m Na Diablaku spędziliśmy ponad 2 h. Koło szóstej rozpoczęło się zejście. Po wyjściu zza kamieni wiatr znów o sobie przypomniał. Wiało tak mocno, że podmuchy wywiewały mi łzy. Na szczęście im niżej, tym było lepiej. Na przełęczy Brona promienie były już na tyle silne, że moje zewnętrzne okrycie posłużyło za koc do leżenia. Starczyło na nim miejsca tylko dla trzech osób, toteż ja klapnąłem sobie pod słowackim słupkiem. Prawie przy nim zasnąłem. Spędziliśmy tam koło godziny czasu. Dalsze zejście odbyło już się bez większych historii. Cała wyprawa zakończona po raz kolejny pełnym sukcesem. Tego wschodu z pewnością nigdy nie zapomnę, gdyż tak doskonale utrwaliły go zdjęcia. Przybyliśmy ok. godz. 10:00, kilkadziesiąt minut później byłem już w łóżku, musiałem odespać jak najwięcej by mieć siły na powrót, który też dostarczył paru wrażeń. Wstałem kwadrans po drugiej. Pierwotnie chcieliśmy załadować rowery do PKS-u i spokojnie wrócić do Krakowa. Czas naglił, ponieważ autobus odjeżdżał z Zawoi Policzne o 15:00. Musieliśmy też jeszcze tam jakoś dojechać. Pakowanie odbywało się w pośpiechu. Tym razem nie było już pomocy ze strony taty Tomka, toteż plecak zrobił się cięższy. Po podziękowaniu i pożegnaniu ruszyliśmy. Wtedy była 14:52. Szaleńczy podjazd z dnia poprzedniego zamienił się w kręty i niebezpieczny zjazd. Wjechaliśmy na drogę główną, i znów ta mozolnie pnąca się droga do góry. To było ostre pedałowanie. Już byliśmy tak blisko Policznego, już wjeżdżaliśmy na ostatnią prostą, gdy nagle widzimy, że autobus rusza, zabrakło 300 metrów... Na pocieszenie pozostawał fakt, że następny PKS odjeżdżał o 16:20 z Zawoi Markowa. Niestety, żeby tam dojechać musieliśmy objechać prawie całą wieś dookoła. Przyjemny w tym wszystkim był zjazd główną drogą. Właściwie nie trzeba było robić obrotów nogami, bo rower sam sunął po dobrej jakości asfalcie. W Markowej czekaliśmy prawie godzinę tylko po to, aby przeżyć niemałe rozczarowanie. W międzyczasie jednak naszą uwagę przykuł samochód, w którym szyba od strony przedniego pasażera była całkowicie otwarta. Gdyby takie autko było w Krakowie, to po pięciu minutach już by go nie było. Poraża niesamowita głupota kierowcy, a przede wszystkim pasażera tego samochodu. W środku pojazdu, na siedzeniu leżał jakiś atlas oraz długopis. Wzięliśmy ten ostatni i napisaliśmy mały liścik, w którym zawarte było dużo ironii i sarkazmu. Później czas przyszedł na rozczarowanie. Otóż duży PKS okazał się zwykłym busem. Nie było wyjścia. Musieliśmy udać się w długą i męczącą podróż do Makowa Podhalańskiego, gdzie chcieliśmy złapać jakiś pociąg. Najmniej przyjemna w tym wszystkim okazała się jazda krajową „28”. Na stacji PKP na nasze głowy poleciał kolejny kubeł zimnej wody. Pociągi do Krakowa odjeżdżały kwadrans po czwartej i siódmej. Tymczasem była 17:20... Po przebyciu kilkudziesięciu kilometrów ruchliwymi drogami nie mogliśmy dać za wygraną. Pobliski dworzec autobusowy niestety, również rozwiał nasze nadzieje na koniec wyprawy rowerowej. PKS do Krakowa odjechał pół godziny temu... Koniecznością stało się pokonanie dodatkowych kilometrów. Sucha Beskidzka powitała nas kolejnymi „doskonałymi” nowinami. Autobus do Krakowa odjeżdżał za półtorej godziny. Takie czekanie było bezsensowne... Przegraliśmy już 5 bitew. Dwie w Zawoi, dwie w Makowie i jedną w Suchej – to jednak nie był koniec wojny. Pozostawała absolutnie jedna i ostatnia możliwość, a mianowicie dworzec kolejowy. Stoi on trochę na uboczu miasta i jest oddalony od jego centrum. Patrzyłem tylko wciąż na mój licznik jak bije już ponad setkę. Wjechaliśmy na teren dworca niespodziewanie od tylnej strony. Wiązało się to z przejazdem przez boczne perony gdzie wjazd był zabroniony. Później nawet zwrócono nam za to uwagę. Po wejściu do hallu gorączkowo odnalazłem rozkład jazdy i mogłem tylko zakrzyknąć Alleluja! Pociąg odjeżdżający o 18:12, który już stał na peronie. Bilet kosztował 10 zł + 4 zł za przewóz roweru. Z wielka ulgą wsiadamy do pociągu, który zgodnie z planem ruszył i jechał bardzo długo nie zatrzymując się na żadnej stacji. Wywołało to nasze zdziwienie, gdyż była to relacja o statusie normalnej. Pociąg nie zatrzymał się nawet w Skawinie. Tak więc był to strzał w dziesiątkę. Po Suchej Beskidzkiej kolejną stacją był dopiero krakowski Płaszów. Ponadto jazda odbyła się bez większych postojów i zajęła nie co ponad godzinkę. Szczerze mówiąc, PKP zasłużyło tutaj na pochwałę. Powrót mile mnie zaskoczył. Na Dworcu Głównym nastąpiło podziękowanie i pożegnanie. Oboje byliśmy napełnieni widokami oraz pozytywną energią. Bilans dwudniowej wycieczki wyniósł prawie 121 km pokonanych rowerem, w nieco ponad 7 h + 16 km w górach. Była to kolejna wyprawa, która przejdzie do historii. Po raz kolejny muszę podkreślić, że te wakacje to jakiś kosmos, którego nigdy wcześniej nie przeżyłem. Sam już nie wiem, która wyprawa była najciekawsza, po prostu wszystkie są wspaniałe, a przecież to dopiero połowa wakacji... Podziękowania dla Tomka i Sebastiana za wspaniałą fotograficzną robotę. :)
Dzień dobry cześć i czołem! Czas, aby przedstawić Wam najtrudniejszą, dla mnie, zdobytą górę zaliczaną do KGP w roku 2021. Babia Góra. Wielu górołazów i miejscowych nazywa ją królową niepogód. Bywa nieobliczalna, bywa trudna. W zimie często można usłyszeć wiadomości o akcjach ratowniczych tam organizowanych, a bo to ktoś się nie ubrał odpowiednio, a to stracił orientację itp. Jest to wymagający szczyt, weryfikujący pewne umiejętności, które na górskim szlaku są niezbędne. O ile samo zdobycie tej góry miałem gdzieś w głowie, nie znajduje się ona arcydaleko od miejsca, gdzie mieszkam, o tyle w internecie natrafiłem na parę wpisów na różnych blogach o wejściu na Babią Górę i podziwianie wschodu słońca stamtąd. Hmm. Brzmi jak plan. Zatem zaplanowałem wszystko, przygotowałem się pod względem sprzętu. Ale najpierw zacznijmy od trasy. Początkowo zarys trasy wyglądał tak: Początek w Przełęczy Krowiarki, czerwonym szlakiem przez Sokolicę, Kępę, Gówniaka, aby znaleźć się na Babiej (a formalnie rzecz biorąc to na Diablaku, bo tak nazywa się ten szczyt). Niebieski szlak odrzuciłem, choć ciekawy i można byłoby skorzystać z Przełęczy Ratowników, tak wejście tamtędy nocą, gdy niedźwiadki nie śpią to całkiem ryzykowny pomysł, dlatego skorzystałem z rady kolegi z pracy – Bartka i wybrałem czerwony szlak. 9. lipca 2021 roku o 22:00, pełny energii, wyruszyłem do Babiogórskiego Parku Narodowego. Po drodze wiadomo, postoje na gastro, na wypłatę z bankomatu (wstęp do parku jest płatny: normalny za 7zł, ulgowy za 3,50zł. Dodatkowo, jeśli podróżujecie autem, parking na Przełęczy Krowiarki jest płatny, kosztuje 15zł. Oczywiście, jeśli uwiniecie się szybko to ominie Was opłata za jedno i drugie). Tak się złożyło, że w regionie Śląska i Małopolski w tym okresie przechodziły bardzo gwałtowne burze. Ten dzień nie był wyjątkiem, o ile na Śląsku było w miarę spokojnie, tak w Małopolsce burze były i nie było za spokojnie. Ofc podjąłem bardzo racjonalną decyzję, że jeżeli tylko jadąc samochodem, będę widział że nie jest spokojnie i że można bezpiecznie zacząć wspinaczkę to rezygnuje. Pamiętajcie, góry nie wybaczają błędów. Nie warto ryzykować własnym życiem dla zdobycia szczytu, niezależnie czy wchodzicie na Łysicę, Babią Górę, Mont Blanc, czy Mount Everest. Co chwilę spoglądałem na aplikację IMGW, która pokazywała na radarze, że o ile nie ma żadnych chmur nad Parkiem Narodowym, tak wokół niej krąży masa burzowa, która nie wiadomo jaki kierunek finalnie przybierze. 10. lipca 2021, 01:30 – Przełęcz Krowiarki. Jestem na miejscu, widzę dużą ilość samochodów na parkingu, jak i ludzi na nim zbierających się do wymarszu. Po spojrzeniu ponownie na mapy pogodowe, radary i wszelkie możliwe prognozy na najbliższe godziny podjąłem decyzję o wymarszu. Oczywiście, zawsze w sytuacji awaryjnej zawrócę, jednakże na ten moment podejmuję ryzyko. Przełęcz Krowiarki Zebrałem sprzęt i wraz z ekipą studentów, którzy również zdobywają KGP, wyruszyliśmy na szlak czerwony, którego wejście jest po lewej stronie od szlabanu. Znajduje się tam oznaczenie szlaku, za szlabanem prowadzi szlak niebieski, a w lewo po kamiennej ścieżce idzie szlak czerwony. Znak, którego nie sposób przeoczyć, o ile pamiętaliście o zabraniu czołówki! 🙂 Do Sokolicy około godziny drogi przez las. Według mnie to chyba też najcięższy moment wejścia tym szlakiem. Droga ostro wchodzi do góry. Do szczytu jest troszeczkę ponad 4,5km, podejścia do pokonania mamy tutaj 751 metrów. Nie ma lipy, będzie ostro pod górę. Moje płuca, po przechorowaniu COVIDu w kwietniu, oraz będąc już wcześniej zniszczonymi przez astmę dostają teraz hardo po dupie. Zatrzymywanie się co 150 metrów to norma, przez chwilę mam kryzys i myślę o rezygnacji z dalszego podejścia. Dłuższa pauza wybacza, kontynuuję dalej. Nie byłem jednak sam, wszystkich, których spotkałem na szlaku, dopadł koroniak więc efekt uboczny w postaci osłabionej wydolności płucnej to był chyba standard w wariancie brytyjskim (ktoś jeszcze pamięta o tej odmianie? :p) Jak już mijacie rozejście na perć przyrodników to jesteście w domu, najgorsze za Wami Mała przerwa zaraz przed Kępą. Widoki zajebiste, dookoła grzmi, ogólnie humor gituwa XD Przeszedłem przez Sokolicę, zaraz przed Kępą zrobiłem dłuższy postój na szamę i nawodnienie. Dodatkowo zaczęło wiać coraz to mocniej więc czas, aby doubierać się w ekstra polar. Teraz droga prowadzi przez niską roślinność – kosodrzewinę i niskie drzewka. Zaczyna wiać (wyszliście z lasu, heloł), ale dzięki temu dopływ chłodniejszego powietrza pozwala na trochę mocniejsze przyciśnięcie. Mnie w takich warunkach idzie się o wiele lepiej więc teraz dopiero zaczynam wyrywać do przodu. Jak na razie wszystko jest ok czasowo, będę idealnie na szczycie na wschód, choć czuję że po drodze zgubię jeszcze parę minut ekstra więc na szczycie zastanie mnie jeszcze ciemność. W drodze na szczyt powoli widać słońce, które powoli zaczyna malować pomarańczowymi barwami zaspane miasta. Wybór wschodu słońca jako idealny moment na wejście na Babią to był celny strzał. 03:37. Jestem! Czas rozłożyć się teraz wygodnie przy kamiennej ściance, wyciągnąć kawę z termosu, nalać sobie do kubeczka i we wspaniałym czasie, mając w ręku napar Bogów o niesamowitym smaku i aromacie rozpocząć nowy dzień. TAK TRZEBA ŻYĆ KOCHANI! Wschód słońca właśnie się rozpoczyna! Pamiętacie zasadę 32 z filmu Zombieland? Enjoy the little things. Żyjcie tak, aby tę zasadę stosować jak najczęsciej! No dobra, nie był to najbardziej spektakularny wschód słońca jaki miałem, ale hej! Było pięknie, w bardzo fajnym towarzystwie, z kawą i tak dalej. Doceniajcie i takie chwile, warto! Poznajecie? Yup. To Tatry. Znak szczytowy i w tle Tatry. Widoki naprawdę zapierają dech w piersi. Czy to czas na legendę? Yesss. Otóż Babia Góra to tak naprawdę masyw górski, nazwa samego szczytu to Diablak. Legenda głosi, że na szczycie Diablaka Diabeł budował dla zbójnika, z którym podpisał umowę, zamek. Jednak pewnego poranka, gdy zapiał kur, prawie ukończony zamek zawalił się i pogrzebał pod swoimi ruinami zbójnika. Miejscowi mówią, że podczas burzy można usłyszeć na szczycie stukanie jego ciupagi spod skał. Oprócz nazwy Diablak miejscowi używali też nazw jak Diable Zamczysko, Diabli Zamek, a aby dodać smaczku, to na starych niemieckich mapach Diablaka znajdziecie pod nazwą Góra Diabła (niem. Teufelspitze). Wschód wschodem, pora by ruszać w dalszą drogę. Postanawiam zmienić jednak trasę. Niestety żółty szlak od skrętu ratowników jest tylko jednokierunkowy więc pozostają mi dwie opcje. Wracam tak samo jak przyszedłemIdę dalej czerwonym szlakiem do schroniska na Markowych Szczawinach i stamtąd niebieskim szlakiem udam się niebieskim szlakiem na Przełęcz Krowiarki Jako, że muszę w książeczce KGP potwierdzić wejście na szczyt poprzez wbicie pieczątki, wybieram opcję numer dwa i wydłużam sobie podróż. Morze chmur zaczyna spływać Boże prowadź mnie bezpiecznie szlakami i dolinami… Po dojściu do Przełęczy Brona odbijam w prawo – tak jak prowadzi szlak czerwony. Po dłuższym momencie ostrożniejszego schodzenia (skałki są wilgotne) docieram do schroniska. Tam krótka pauza, wbicie pieczątek, nawodnienie się i zjedzenie batona. Uzupełniam dzienniczek dla zachowania ciągu wydarzeń i notatek i ruszam szlakiem niebieskim. Idzie bardzo ładnie, widać że szlak remontowany był niedawno. Dzięki remontowi jest dostosowany dla osób niepełnosprawnych więc do Markowych Szczawin dostaniecie się bez żadnych utrudnień. To warto docienić! Po dojściu do Przełęczy Krowiarki opłacam opłatę za Park i za parking. Robię chwilę przerwy i jadę do domu się wyspać. To była pokaźna noc, pełna niezapomnianych wrażeń i przygód. Wiem, że na pewno wybiorę się tutaj ponownie. Może w zimę, może na kolejny wschód słońca.